sobota, 18 stycznia 2014

List do Antygony

Poszukuję mojej Antygony,
Wiem, Maleńka, że już Ci się nie chce być dłużej symbolem. Że chciałabyś w końcu jeść herbatniki i popijać je herbatą. Że zmęczyło Cię bycie w tej wielkiej rozterce, by niewierna publika mogła odgrywać przed Tobą katharsis.
Ale oni tu stoją, czekają, patrzą, płaczą, tupią.
Uzależnili się, od Ciebie, Maleńka. Przywykli. Bez ciebie dramat nie może się odbyć.

Więc, nie rób tego samotnie, w ucieczce. Proszę, jeżeli chcesz popełnić samobójstwo, zrób to przynajmniej na scenie...

                                                                              ~zdesperowany Sofokles~

poniedziałek, 6 stycznia 2014

czwartek, 5 grudnia 2013

Mówić


mówić, mówić, mówić
i zakneblować im usta
mówić, mówić, mówić,
aż od tych słów zjadliwych
spuchną bębenki w uszach
mówić, mówić, krzyczeć
aż krew z nich tryśnie tłusta

sobota, 25 maja 2013

Tak mi mów


Spijam nektar z Twoich ust
tak mi mów
jak mówiłeś do mnie
dzisiaj rano

Nim noc zastanie nas znów
tak mi mów
jak mówiłeś do mnie
dzisiaj rano

Słów, brak mi w powietrzu
Twoich słów
tak mi mów
jak mówiłeś do mnie
dzisiaj rano

Wkładam pod powieki
miękisz Twoich rąk
tak mi mów
póki głód mój
Tobą nie ustanie

niedziela, 17 marca 2013

Uprzejmie donoszę

Uprzejmie donoszę, że niejakiego Dżoszuę spod nr 7 należy obarczyć winą za zmiany, które dotyczą nas wszystkich.

Takie tanie było kiedyś krzyżowanie... Dla każdego dostępne. A teraz, ja pytam? Świat zszedł na psy.
Usługi są już tylko w pakiecie, koniecznie razem ze zmartwychwstaniem. Teraz wprost inaczej nie można być ukrzyżowanym. A gdy ktoś chce umrzeć, jak człowiek, na krzyżu, raz, a porządnie?
Co więcej, i krzyż oddzielnie trzeba dokupić, bo gwiazdka na dole, że cena go nie obejmuje i kolejny srebrnik do uiszczenia.
O koronie już nie wspomnę cierniowej. Do niej są już wręcz prawa autorskie. Zaiste, towar dla wybrańców.

Takie tanie było kiedyś krzyżowanie, dziś już tylko dla jakichś pomazańców lub bogaczy. 
Uprzejmie więc raz jeszcze donoszę, trzeba odebrać mu ten krzyż, dla dobra ogółu.

You Dash



zostaję astronautą, albo nie, kosmonautą!

niedziela, 3 marca 2013

Się

"Nie ma ja.
Się jest. Się jest stanem. Nie panem. Ani nad innymi panem, ani sobiepanem. Żadnym panem. Koniec z panem. Z panem amen. Się jest stanem. Się jest duch. Teraz dopiero. Nigdy przedtem. Przedtem się to muskało. Przedtem się o to ocierało się. Wtedy, kiedy nie było ja. Kiedy nie było: mój moja moje. Bardzo rzadko. Bardzo od czasu do czasu. W tych przerwach od czasu do czasu. W tych przerwach od ja do ja. 
Bo ja to czas. Ja to wąż. Ja to rak. 
Rak umarł na raka. Wąż umarł od własnego ukąszenia. Czas umarł na czas. Ja umarło na ja. Nie ma ja. Się jest. Się jest się. Się jest duch. 
Się jest nikt."

niedziela, 17 lutego 2013

Cogito


i jak tu pisać
o sprawach wielkich
upadkach mocarstw
kondycji człowieczeństwa
jeżeli po prostu
ot, na co dzień
nie potrafi się kochać

więc żeby nie spełzło
na niczym
całe Twoje
wielkie i dumne
cogito
takie zapędy
te wojny gwiezdne
należy spalić
na panewce
za wczasu

dobrze użyźnią
Twoją głowę
Twoją ziemię

Dzień Kota


jestem pumą

piątek, 8 lutego 2013


"Przedstawienie podobało się Alicji, choć czuła się już trochę zmęczona. Wychodząc z sali spostrzegła M wyprowadzone w nawiasie. Było zakute w kajdanki.

-Co takiego zrobiło M? - spytała stojące obok R.
- Błąd ortograficzny - odparło R. - Osądzą je i ukarzą."

sobota, 5 stycznia 2013

Mortadella


Myśli zostały kupione na przecenie razem z dobiegającą terminu mortadelą (ach, cóż za dźwięczne słowo), dlatego też mogą trochę cuchnąć. Możliwe, że mortadela (czyż nie mogłoby to być imię dziewczęce?) leżała przez pewien czas poza lodówką, co wyjaśniałoby, dlaczego tak spuchła.
Pewne myśli kleją się do głowy jak rzep do psiego ogona. Mortadela, mortadella, morda-bella. Muszę przyznać, że mimo pewnego odoru, połknąłem ją niemal w całości za jednym razem. Doprawdy, kilka dni o głodzie potrafi sprawić, że nawet taka mortadela jest co najmniej kusząca. Ach, czuję się jak młody bóg. Niczym Zeus, co w całości zjadł Metydę. Och… hmm, zaczynam odczuwać tak jakby, tak jakby coś ciążyło mi na żołądku. Niestrawność?. Ha, jeszcze okaże się, że coś ze mnie wyskoczy. Ale, nie , Zeusa bolała przecież głowa, mnie kręci w brzuchu. Przeklęta mortadela. Doprawdy, mogłoby to być piękne imię dziewczęce, a tymczasem nosi je kiełbasa. Czyli, to prawie więc, jakbym zjadł młode dziewczę. Mało brakowało. Rzec by się chciało, splot przypadków. Co za ironia losu, że nie nazywamy dziewcząt np. Myśliwska, Zwyczajna lub Podwawelska.
Ależ zaczyna mnie w tym brzuchu kręcić... Moja kochana Mortadello, nie przebieraj tak nóżkami i dłońmi smukłymi w moich trzewiach, bo dostanę skrętu kiszek lub czkawki. Że co? Połykałem Cię bez czułości? Przepraszam, nigdy więcej. Gdybym wiedział, że jesteś taka delikatna, zabrałbym się do tego z większym ceremoniałem. Jest mi przykro, ale uwierz, cierpię z tego powodu okrutne katusze. Brzuch mi chyba zaraz pęknie. Ba, trzeba było się spodziewać, że skoro tak spuchła nie leżąc w lodówce, tak się to właśnie skończy. Mój brzuch… pewnie puchniesz teraz z dumy, że taką mi okrutną sprawiasz nauczkę…
Zacząłem się więc gładzić po owłosionym skąpo brzuchu, który nabrał już rozmiarów i kształtów jak u kobiety z zaawansowaną ciążą. Czyżbym rzeczywiście miał urodzić? Czy to nie wbrew naturze? Mortadello, moja miła, Bella, czy mnie słyszysz? Podam Ci rękę, chwyć ją dobrze, będę ciągnąć.
Zacisnąłem pięść i z pełną determinacją postanowiłem podać ją Moratdelli przez pępek. Otwór był za wąski. Nie dawałem rady mimo całej kombinatoryki ponawianych prób wepchnięcia dłoni do wewnątrz brzucha pod najróżniejszym kątem.
Na Zeusa, nie chcę pękać! Mortadello moja piękna, daj mi chwilę, zaraz zaradzę. Wiem, że nie trafiłaś na najlepsze towarzystwo. Prawie dama, jak Ty, nie zasługuje, aby męczyć się razem z odgrzewanym kotletem i jajami na twardo. Piwo? A tak, przyznaję ze skruchą, było piwo, ale małe. Wybacz, nigdy więcej nie tknę alkoholu. Już! Wiem. Przyniosę linę.
Pobiegłem szukać liny. Uwierzcie mi, w takim stanie brzemiennym nie łatwo biegać po schodach na strych i ściągać linę przygotowaną na stryczek. Ach, Mortadello, to przeznaczenie, kochana, ratujesz mi niechybnie życie.
Usiadłem okrakiem na starym krześle, bo tak już tylko pozwalał mi siadać mój brzuch. Skręciłem na końcu supełek, by Mortadella miała czego się uchwycić i powoli zacząłem wpychać ją pępkiem do środka.
Bella, zaraz Cię stamtąd wyciągnę, opleć się nią wokół swojej wiotkiej talii i trzymaj mocno. Ja będę z całych sił ciągnąć.
Poczyniwszy te wszystkie zabiegi, zaparłem się porządnie nogami i zacząłem ciągnąć….
Nie wiem, jak długo to trwało. Całe moje ciało pokrył rzęsisty pot i żyła na czole dobitnie wyszła na wierzch. Byłem już u kresu sił, kiedy, nareszcie,hyc, udało się.
Na końcu liny tkwiła  nonszalancko zawieszona, nieco wyzuta i nadtrawiona przez soki żołądkowe… puenta.


(skupuję puenty, pointy także. mniej/więcej dobrze płacę
cena do uzgodnienia, zależnie od stopnia zużycia, miejsca, gdzie pointa była osadzona oraz wartości użytkowej, co ocenia się organoleptycznie-językiem) 

sobota, 29 grudnia 2012

Myśli, kupione na przecenie....



XYZ: Możesz, możesz być kim chcesz.
Panna Nikt: A i tak jestem tylko sobą...

Myśli zostały kupione na przecenie, razem z dobiegającą terminu mortadellą (ach, cóż za dźwięczne słowo) dlatego też mogą trochę cuchnąć. Możliwe, że mortadella (czyż nie mogłoby to być imię dziewczęce?) leżała przez pewien czas poza lodówką, co wyjaśniałoby, dlaczego tak spuchła.
Ostrzega się: 
informacje tu zawarte mogą powodować powstawanie robaków w mózgu (dokładniej rzecz ujmując, testowa grupa szczurów wykazała istnienie robaków po lekturze wyżej wymienionej treści, szczury nie potrafiły potem czytać, choć, nie wiadomo, czy umiały wcześniej i czy nie zainfekowały się robakami w poprzednich doświadczeniach nad proszkiem do prania brudów).
Nie przeprowadzono nad  tym badań, jednak istnieje również zagrożenie wypadania włosów oraz mało twórczego, aczkolwiek, zawsze, wytworzenia własnego zdania na temat zagłady lasów tropikalnych.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

a-lic-ja w Krainie Zmarłych - Bajka o znikaniu (PaRT XV)


Klatka zadrżała w rękach Alicji, sumienie kręciło się i wierciło niecierpliwie, a przy tym zaczęło robić się coraz cięższe, skutkiem czego Alicja musiała chwycić klatkę w obie dłonie.
-….mogę, zanim wyjdę…. czemu trzyma je pani w klatce? Czemu by nie puścić go wolno? I po co przykrywać je w ogóle tą płachtą?
-Zadajesz dużo pytań. Powinnaś zastanowić się, czy nie za dużo. Odpowiem Ci i zostaw mnie już w spokoju. Otóż, tak naprawdę zawsze tkwiło w klatce, tylko, o tu, pod mostkiem. Nie mogłam przez nie w pełni oddychać. Dokuczało mi, piekliło się o byle drobiazg. Coś gorszego niż kaszel. Kradło przyjemność każdego głębszego oddechu. Więc, tak właściwie, ja po prostu zmieniłam mu tylko pewnego dnia klatkę. Uwolniłabym się od niego najchętniej zupełnie, ale okazało się, że nie mam na to już dość siły. A płachta? Ono ma to do siebie, że do istnienia potrzebuje energii. To pasożyt, nic więcej, więc kiedy przestało podkradać ją ode mnie, okazało się, że korzysta ze słońca i nadal przykrzyło mi dni. Stąd płachta. A teraz, zabierz już, to natręctwo i siebie też.
Alicja zawiesiła wzrok na twarzy rozmówczyni. Oczy kobiety błyszczały szklanym blaskiem; oczekiwaniem i napięciem. Dziewczynka odwróciła się z ciążącą w dłoniach klatką i z bałaganem myśli ruszyła ku drzwiom. Nie mogła widzieć, jak z każdym jej krokiem, twarz lokatorki przedziału wykrzywiał konwulsyjny ból. Chwyciła zimną klakę i zdecydowanym ruchem opuściła dziwny pokój. Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, klatka stała się niesłychanie lekka. Zdumiona Alicja odwróciła się na chwilę. Przykładając nieco dziecinnie palec do ust zastanowiła się, czy powinna może zawrócić, sprawdzić. Po chwili, tym razem delikatnie zapukała do drzwi. Ponieważ nie usłyszała odpowiedzi, nacisnęła klamkę i raz jeszcze weszła do środka.
Zastała kobietę leżącą na podłodze u stóp wytartego, zielonego fotela. Zastygła z sardonicznym uśmiechem, dokładnie takim, jaki Alicja zauważyła, kiedy pierwszy raz uniosła płachtę klatki. Coś, co łączyło kobietę z sumieniem pękło lub się zerwało ruchem klamki.
-Rzeczywiście, stała się zupełnie wolna.
Klatka też była wolna od zawartości, na dnie połyskiwał tylko złoty ząb.

wtorek, 30 października 2012

Les-man




"I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"


dla Les-mana:
miłości moje wielkie, do których wieczorem ciszę
składam pocałunki ze słów
na białej kartki papierze 

czwartek, 11 października 2012

a-lic-ja w Krainie Zmarłych - Bajka o znikaniu (PaRT XIV)


Alicja nie mogła otrząsnąć się ze zmiany, odnaleźć w nowym położeniu, w jaki rzuciła ją nieznana dotąd siła. Ale musiała. Kobieta tymczasem zaczęła zachowywać się coraz bardziej natarczywie, szturchała ją laską po nogach, w ten sposób dopominając o swoją dolę.
-Co się ze mną stało? Nie mówiła Pani, ze będę czuć się tak… inaczej. Mam wrażenie, jakbym coś straciła.
-Głupia, kolejna głupia i naiwna. Zyskałaś powrotem wolność. Zabieraj wiec tę klatkę sprzed moich oczu i wynoś się już z tego przedziału. Już, prędzej!
Poczucie obowiązku, które wynikało z danego słowa, z obietnicy, do której się zobligowała, było w tym momencie silniejsze niż obcość i niesmak, który czuła w sobie i dla siebie. Podeszła ze spuszczonym nieco wzrokiem na koniec przedziału i chwyciła klatkę za złotawy, finezyjnie wyprofilowany uchwyt zamocowany na górze. Znajdujące się w środku coś drgnęło i zatrzeszczało jak zaśniedziały, nieużywany przez lata zamek w drzwiach. Na twarzy starszej prawiedamy zaczęła malować się cicha burza. Bolesny grymas wykrzywił jej machinalnie twarz, nad czym starała się zapanować nałożywszy na wierzch maskę uśmiechu. Szybko jednak skruszył się na jej twarzy jak lód, nie potrafiła już jak kiedyś napinać mięśni do swojego sztandarowego uśmiechu nr 5. Poczucie ulgi, którego oczekiwała, walczyło krótko i przegrało z zakorzenioną znacznie głębiej zawartością klatki.
Alicja przechodząc podniosła głowę i wychwyciła ten nieoczekiwany spektakl zmian. Pojawiały się tak nagle, jak załamania pogody. Dziewczynka odruchowo przystanęła.
-Dotrzymuję, jak Pani widzi, obietnicy. Wyniosę tę klatkę tak daleko, jak będę w stanie. Proszę mi tylko powiedzieć, co tkwi w jej środku. Dlaczego tak Pani ciąży?
Kurtyna opadła w dół. Kobieta stała się. Stała się na moment prawdziwa. Wszelkie emocje, które tak skrzętnie dotąd starała się hamować, by nie czyniły na jej ciele kolejnych bruzd i zmarszczek, przykryte pudrem i różem znalazły ujście. Prawda raziła brzydotą. Prawda była kobietą lekkich obyczajów w podeszłym wieku. I w tym krótkim półokamgnieniu rozlało się na zniszczonym obliczu brudne całe życie.
-…to… to moje sumienie.

niedziela, 7 października 2012

CON- fusion

Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych tak licznie w tym wspaniałym budynku remizy sołectwa Dawidy Bankowe.
Pragnę przedstawić Państwu Pana Johnson&Johnson.
Nasz gość ma podwójną osobowość, czego proszę nie mylić przypadkiem z dwulicowością. Stanowczo. Wynalazł on sposób, by wyciskać z życia, jak z cytryny, najwięcej soku. Otóż, kiedy Pan Johnson śpi, Pan Johnson pracuje, i to całkiem intensywnie; gra na mandolinie, biega, podrywa dziewczęta. Z kolei kiedy Pan Johnson się zmęczy i idzie spać, to Pan Johnson używa życia. Dwie osobowości pozwalają maksymalnie wykorzystać czas. 
Pytania? Tak, Pan Johnson&Johnson ma pupcię gładką jak niemowlę. Nie, nie będzie pokazywał, bo obecny teraz Pan Johnson się akurat wstydzi.
Zapraszamy do zakupu drugiej osobowości, trzecia dla bliskiej osoby gratis przy złożeniu zamówienia w ciągu 15 minut.


<challenge accepted >

sobota, 29 września 2012

TRANS-fusion



ja oddycham dźwiękiem
basem karmię płuca
włosy na wietrze
unosi mi muzyka
to kocham
i gdy chmury płoną
zapalniczka słońce
eksploduje w klatce
co się wyrywa serce
w usta, w słowa
wplata się melodia
drganiem powietrza niesiona                                              28.07.2012


Fu - she is a - fighter

środa, 15 sierpnia 2012

a-lic-JA w Krainie Zmarłych - Bajka o znikaniu (PaRT XIII)


-Co to znaczy, że rozwiążesz mój problem?
-Och, nie udawaj takiej głupiutkiej… Pozbędziesz się tego , mm, tego… i od razu będzie Ci lżej na ciele. Poczekaj.
        Wstała bardzo ociężale unosząc przy tym część zahaczonej o fotel sukienki. Alicja zobaczyła opuchnięte do granic łydki, które sprawiały wrażenie, że można je przekłuć jak balon jednym dotknięciem igły. Kobieta zauważyła na sobie wzrok dziewczynki, przypięty do nóg i nieco wstydliwie poprawiła ubranie.
-Ach, kiedyś to były nogi, za jakimi żaden nie przeszedłby obojętnie. I nie przechodził. Ale… wróćmy do ciebie. Spójrz.
            Kobieta podała Alicji szklaną butelkę i łyżkę. Butelka była wykonana z grubego, brązowego szkła, w jakim zazwyczaj trzyma się lekarstwa w szpitalach, w środku przelewała się zaś leniwie gęsta, oleista ciecz. Pękatą butelkę opasała sfatygowana, niegdyś biała etykieta, a na nie napis „ Na wyjątkowo uciążliwe dolegliwości”.
-Posłuchaj, wypij jedną łyżkę. Ani kropli więcej, ani mniej. Będzie trochę ostre, jak pieprz. Ale ci pomoże. Mi wiele razy życie uratowało i wielu równie naiwnym jak ty. Bez tego skończyłabym …. marnie, szczególnie w tym zawodzie. Możesz czuć się trochę nieswojo, trochę pusto jakby, ale to przejdzie, więc się nie martw. W zamian za to, pozbądź się klatki. Wtedy będziemy kwita.
        Alicja jeszcze raz objęła wzrokiem cały przedział w poszukiwaniu podpowiedzi. Tęskniła za tym dawnym poczuciem lekkości. W trakcie całej podróży osiadały na jej barkach, jak kurz na półce, coraz to nowe ciężary. Cudze, własne, kolejne supełki sznurówek. Propozycja nie była nawet kusząca, wydawała się zbawieniem.
Tyle już zdążyło się w tym pociągu zadziać, by uwierzyć, że dostała właśnie dobrą kartę. Tak, na pewno, nareszcie ktoś chciał jej uczciwie pomóc. Potaknęła więc kobiecie twierdząco na znak zawarcia umowy i ostrożnie zapełniła łyżeczkę płynem. Rzeczywiście, pachniał pieprzem; gdy tylko przysunęła go do ust, zakręciło jej się w nosie, jakby miała za chwilkę kichnąć. Przechyliła więc szybko łyżkę i połknęła cuchnącą ciecz. Całe ciało wzdrygnęło się po chwili, od stóp, do głowy. Alicję przeszył dreszcz, który zakończył swój bieg na nosie. Dziewczynka nie zdążyła nawet zakryć ust, co i tak pewnie nie na wiele by się zdało i kichnęła jakby wszystkie dotychczasowe kichnięcia dotąd powstrzymywała. Nie wiedząc, co się dzieje, zbladła, uczuwszy krótki, przeszywający ból. Pod jego wpływem zemdlała na, niewidomo jak długo. Jeśli dać wiarę istnieniu wieczności, nie da się określić jaki stanowiło to jej ułamek. Ale, kto zastanawiałby się nad wiecznością…
-Już, już, wstawaj. Twoja kolej, moja damo. Twój problem z głowy, zajmij się teraz moim.
          Alicja dźwignęła się na łokciach. Bolała ją trochę głowa, pewnie od uderzenia, kiedy upadała, mdlejąc, na podłogę. Dostrzegła, że kobieta dotrzymała słowa. Alicja bez niegdysiejszego problemu wstała i w końcu, prawie nie pamiętając już jakie to uczucie,  odniosła wrażenie, że ciężar z niej uszedł. Ciężar… Wyczekawszy chwilę, aż odzyska równowagę, wstała i zapamiętanym przez mięśnie gestem chciała wygładzić w tali sukienkę. Trafiła w pustą przestrzeń.. Ach, wszystko chyba wróciło do normy.  
Radość trwała niedługo. Była nieco dłuższa niż półokamgnienie. Zadziało się poniekąd coś więcej. Alicja miała wrażenie, że uszło z niej kawałek życia, jakby w zamian wydostała się nieproszona, w ukryciu czyhająca, pUSTkA. 

poniedziałek, 2 lipca 2012

a-lic-JA w Krainie Zmarłych/bajka o znikaniu (PaRT XII)


-A to?
Kobieta wyrzuciła z rozmachem rękę celując palcem w Alicję.
-Czy Ci nie przeszkadza, nie ciąży? Takie brzemię. Zapewne jeszcze nie wiesz, ale takie wieści szybko się rozchodzą. Jestem już stara, bolą mnie nogi, mam żylaki, więc się stąd nie ruszam, jednak i mnie ta nowina nie ominęła…
-Ale cóż?
Alicja okryła się bezwiednie purpurą. Co takiego znowu zrobiła, by było to tematem rozmów rzeszy pasażerów? Wzięła kilka głębokich oddechów; przecież nie chciała pozwolić się omamić byle komu. Wychodząc od Prima wiedziała dokładnie, jaki ma cel, a ta tutaj stara kobieta próbowała wmówić jej nieistniejący problem… Nie, w końcu postanowiła przecież nie mieć jakichkolwiek kłopotów.
-Spójrz tylko na siebie. Czy zawsze byłaś taka, jak teraz? Przypomnij sobie. Może spróbuj wstać?
Te słowa były jak policzek. Alicja chciała dźwignąć się z siedzenia, ale czuła przewyższający wszystkie dotychczasowe ciężar, który przykuwał ją niemal do miejsca.
-Ciężej, niż kiedykolwiek, prawda? A to dopiero zalążek, jeszcze sobie nie zdajesz nawet sprawy z tego, co cię czeka. Powiedzmy, że mogę ci w tym jakoś pomóc…
Cała pewność siebie, w jaką dziewczynka była jeszcze tak niedawno zaopatrzona, zaczęła stopniowo uchodzić z każdym wydechem. Bombardowały ją dziesiątki myśli, z których wszystkie odbierała jako wrogie. Resztkami sił trzymała się swego bastionu tak świeżego postanowienia zmian.
-Nie, nie chcę  twojej pomocy. Nie chcę czyjejkolwiek pomocy! Poradzę sobie sama.
-Zaczekaj dziecko, nie gorączkuj się. To nie będzie po prostu pomoc. Mam wrażenie, że czujesz się ciągle oszukiwana, że dotychczas na wszystkim traciłaś. Dlatego wyświadczymy sobie nawzajem pewne przysługi. Nie oferuję ci niczego za darmo. Sięgnij ręką, tak, tam na lewą stronę. Pod płachtą jest złota klatka dla kanarka. Zajrzyj.
Alicja delikatnie uniosła część materiału. Nic. Ręka powędrowała w górę i wtedy dopiero dostrzegła… unoszący się w powietrzu skrawek twarzy. Uśmiech, tylko i wyłącznie sam, szeroki, nienaturalny, sardoniczny uśmiech. Kiedy przysunęła się odrobinę, noszące znamiona usta rozchyliły się, ukazując pożółkłe zęby w niemym grymasie, a na świat wypłynął zgrzytliwy dźwięk: „Czemu jesteś taka poważna? ”. Alicja odruchowo się wzdrygnęła, jednak to siedząca nieopodal kobieta kuląc się niezgrabnie, złapała za głowę jak w przypływie migreny.
-Już, już, zakryj. Prędzej. Męczy mnie. To taka zgryzota, kąsa i osłabia każdego dnia… Widzisz, że już nie jestem pierwszej młodości, to ciało odmawia mi już dłuższych pieszych wycieczek. Zróbmy więc tak; zdradzę ci sposób jak rozwiązać twój kłopot, pod warunkiem, że zabierzesz stąd tę klatkę i wyrzucisz ją. Zgadzasz się?